Przeprowadzka z Poznania do Krakowa to dla fotografa prawdziwa rewolucja wizualna. Zamieniłem płaskie horyzonty na pagórki i majestatyczne Tatry w tle, ale szybko odkryłem, że za tę zmianę zapłaciłem wysoką cenę. Brakuje mi boru. Choć Małopolska tonie w zieleni lasów mieszanych, dla kogoś, kto wychował się na wielkopolskich lasach, tutejsze knieje są… inne. Zbyt gęste, zbyt liściaste, pozbawione tej specyficznej magii, którą znajduje się tylko między strzelistymi pniami sosen.
Dlaczego mój obiektyw tęskni za igliwiem?
Dla większości spacerowiczów las to po prostu las. Dla mnie jako fotografa bór to zupełnie inne studio.
- Zieleń, która nie zasypia: W Małopolsce zima bywa szara – liście opadają, zostawiając nagie, ciemne patyki. Bór tymczasem oszukuje kalendarz. Nawet gdy spadnie śnieg, sosnowe igły utrzymują soczysty kolor, tworząc bajkowy, biało-zielony kontrast. To gotowa paleta barw, która nie wymaga filtrów.
- Dywan do zadań specjalnych: Nic nie przebije mchu. Podczas sesji portretowych czy artystycznych, miękkie, szmaragdowe podłoże boru działa jak naturalna blenda i najlepszy rekwizyt w jednym. To estetyka, której nie da się podrobić w pełnym suchych liści i błota lesie mieszanym.
- Wszystkie zmysły w kadrze: Choć zdjęcia nie przenoszą zapachu, bór na fotografiach „pachnie” żywicą i czystością. Ta atmosfera przekłada się na luz modeli i moją własną kreatywność.
Magia „złotej godziny”
Bory mają w sobie coś metafizycznego, szczególnie gdy słońce jest nisko. W lesie liściastym światło bywa chaotyczne, rozproszone przez tysiące gałązek. W borze, dzięki regularności pni, poranne i wieczorne promienie tną przestrzeń jak lasery, tworząc długie, głębokie cienie. To wtedy bór staje się najbardziej fotogeniczny – mistyczny, cichy i doskonale uporządkowany.
Kraków ma wiele zalet, ale moje fotograficzne serce wciąż bije w rytmie szumiących sosen.








